Zapraszam do zapoznania się z moim
tomikiem poezji "Drżenia niedojrzałości"

Sprawdź

05 Paź
2022

Dlaczego Barcelona poległa w Mediolanie?

kategoria: Sport
godzina: 17:36
Udostępnij:

Wolne Miasto Warszawa. 05.10.2022

Wczorajszy, wyjazdowy mecz ligi mistrzów z Interem Barca przegrała na własne życzenie, a w zasadzie na życzenie swojego trenera Xaviego.

Geniusz piłkarski, który sprzyjał mu, gdy sam był na boisku i bezpośrednio mógł wpływać na grę drużyny – teraz, gdy ma to robić z boku i z ławki – jakoś nie przekłada się na kontrolę nad jego zespołem.

A ta jest potrzebna, by móc sprawnie monitorować grę i skutecznie reagować na wszystko, co może mieć wpływ na ostateczny wynik rywalizacji w danym dniu.

To oczywiste, że ten mecz był bardzo trudny, bo Inter był niezwykle zmotywowany, skoncentrowany i ustawiony typowo po włosku, do bólu realizując nakreśloną przez ich trenera taktykę.

Zaparkowali autobus na 20 metrze i czekali na szansę na kontry... ale to było do przewidzenia, bo oni tak grają, i to nie mogło być jakimkolwiek zaskoczeniem dla żadnego trenera obmyślającego taktykę na taki mecz.

A jak widać dla Xaviego było. I to wielkim.

I mam wrażenie, że znowu (wracam do poprzedniej porażki grupowej z Bayernem w Monachium) Xavi nie odrobił lekcji, co dla mnie jest niezwykle szokujące.

W Bawarii, żeby wygrać mecz – trzeba było tak ustawić zespół, by rządzić środkiem pola gry i w oparciu o to kreować różnorodne akcje.

W meczu z Interem jasne było, że kluczem do zwycięstwa będzie atak pozycyjny, trudno, nudno, długo i mozolnie rozgrywany całym zespołem na połowie Włochów.

I z pewną dozą przesady można powiedzieć, że planowany sposób gry Interu był aż tak do przewidzenia, że na bardzo, ale to bardzo długo przed meczem można było podać numery rejestracyjne autokaru, który będzie tarasował drogę do bramki.

A to oznacza, że strategia mogła opierać się na jednym z dwóch zupełnie odmienych od siebie podejść do tematu.

Pierwszym – akceptuję  to jako trener – i wymyślam jak wykorzystać taką ich taktykę.

Albo drugim – wymyślam jak zmusić ich do zmiany założonej taktyki, by spowodować zamieszanie, chaos i narzucić swoją wizję prowadzenia meczu.

(Jest jeszcze szkoła Otwocko-Falenicka, która mówi: jestem tak silny, że robię co chcę i  w nosie mam jakiekolwiek taktyki przeciwnika, ale, moim zdaniem, to zdecydowanie jeszcze nie jest ten moment w Barcelonie).

A Xavi... nie zrobił nic.

Co gorsza, jego zachowanie w trakcie meczu powodowało, że odniosłem wrażenie, że jest zagubiony, bezradny i bezsilny, a do tego nie wie co jego zespół ma robić, by wygrać.

To zaskakujące, bo nie mam zielonego pojęcia z czego to wynikało.

Nie zamierzam tu wchodzić w jakiekolwiek dywagacje na temat sędziowania ani bezpośrednio na boisku, ani na VARze, co teraz jest przedmiotem ogólnoświatowych dyskusji, bo w tym wszystkim jest to sprawa, o ile nie drugorzędna (bo jednak bardzo ważna) - to w kazdym razie tutaj ewidentnie wtórna.

Zawodowcy wychodzą na mecz wiedząc, że sędzia będzie 13, czy (na VAR) 14 przeciwnikiem – bo, że publika będzie 12, to wiedzą nawet dzieci.

Jeśli tego nie wiesz, to zmień zawód i graj... w pasjansa.

Najlepsi są najlepsi, bo wygrywają na przekór wszystkim i nic ich nie jest w stanie powstrzymać – tylko że oni się nie wahają, idą jak po swoje i nie mają żadnych wątpliwości, pretensji do nikogo ani nawet chwili zastanawiania się, że coś może im przeszkodzić.

Robią co do nich należy, biorą łupy i wracają do domu.

Ale by wygrywać – to mentalnie gotowy do takiej walki i żądny krwi musi być cały zespół, z trenerem w roli głównej.

Tu zobaczyliśmy drużynę, która szarpała się, tak jakby wyszła na mecz w połowie odprawy, na której trener zaczął mówić: „Panowie gramy piłką..." i nagle wyszedł odebrać telefon, a zawodnicy po dwóch minutach czekania zdecydowali, że to już wszystko, co miał im do przekazania i wyszli (nawet nie wybiegli) przekonani, że sami sobie mogą dopowiedzieć resztę.

Jeden pomyślał: długą, inny: wolno, następny: długo, kolejny: rzadko, a reszta: jak chcemy.

Najgorsze jest to, że w trakcie meczu Xavi niczego nie korygował i nie poprawiał ani nie zmieniał.

Każdy grał mecz w swoim tempie, według swojej wersji obmyślonej przez siebie taktyki, a do tego w żaden sposób nie patrząc na sposób gry kolegów i... nie komunikując się z nimi w celu ustalenia: to jak to właściwie ma być.

Na dokładkę, znowu mam wrażenie, że ustalając skład w oparciu o dostępnych zawodników, trener Barcy rozpoczyna mecz trzymając diamenty na ławce, tak jakby uznawał, że mecz sam się wygra, a je (w zasadzie ich, bo to konkretni zawodnicy) szkoda wyjmować z sejfu i pokazywać, nawet przez szybkę.

Tak jak w meczu w Monachium, nie rozumiem czemu Ansu Fati siedział na ławce, a tutaj obok siebie miał również i Alejandro Balde.

Obaj młodzi gniewni, jak tylko pojawiają się na boisku robią gigantyczne zamieszanie, grają nietuzinkowo, świetnie współpracują z resztą i wypracowują masę sytuacji zarówno sobie samym jak i innym.

Wczoraj przesiedzieli niemal całe spotkanie obserwując z boku kolegów, którzy nawet próbując kontrolować mecz i piłkę, grali bardziej w Zośkę niż chcieli strzelić bramkę.

Pominę już tu kuriozum ze stratą gola w ostatnich sekundach pierwszej połowy, bo klasowy zespół nie może do tego dopuścić żadną miarą.

I za to, by w ostatnich akcjach dodatkowo uczulić na to zespół - odpowiada odpowiedzialny za wszystko trener.

A Xavi ciskał się bezładnie przy linii bocznej, dyskutował bez sensu z sędzią, którego tym irytował i za co dostał żółtą kartkę, a zespołu... nie prowadził, zespół szedł sam.

I to jest dla mnie kolejną zagadką.

Rozgrywanie ataku pozycyjnego, a wracam do wątku, że Barca dała sobie narzucić taką taktykę przygotowaną przez Inter – dla swojej skuteczności nie może polegać na powolnym liczeniu podań do 100.

Dla Barcy tikitaka to jej znak rozpoznawczy, jej DNA, a zatem, nawet jeśli pomysł na grę miał być o to oparty, z braku wizji narzucenia Interowi innej gry – to Barca i tak powinna czuć się jak ryba w wodzie.

A ja odniosłem wrażenie, że Blaugrana wyglądała wczoraj jak mucha w smole.

Nawet jeśli niebieska część Mediolanu stanęła murem tuż przed swoim polem karnym, to nie ma takiego muru, którego nie można rozwalić, obejść, a w zasadzie obiec, czy przeskoczyć.

Tylko że do tego ma iskrzyć, piłka ma śmigać jak kubki w grze w trzy kubki (niezależnie od tego co i jak jest w nich ukrywane, bądź pokazywane), by nie było wiadomo o co chodzi, i nie dało się za nią nadążyć zmianą swojego ustawienia; a do tego zawodnicy w linii ataku powinni być w ciągłym ruchu w poprzek boiska, robiąc kolegom miejsce na wejście na wolne pole i dając swojemu zespołowi szansę na rozklepanie obrony we właściwym momencie wychwyconego i wykorzystanego błędu w jej ustawieniu.

I tu uwydatnia się wczorajszy problem zespołu z Katalonii – wszyscy jako całość byli za wolni, ospali, a do tego w kreacji zupełnie nie nastawieni na takie suwanie piłki, by spowodować pęknięcie muru, zaburzenie linii, zgubienie krycia, czy spóźnienie asekuracji i  przesunięcia w obronie itp. - dających szansę na wypracowanie pozycji do szybkiej akcji oskrzydlającej, czy na klepce środkiem – pozwalających na stworzenie czystych pozycji strzeleckich i prokurowanie sytuacji bramkowych.

Ale do tego... trzeba grać piłką (co jak wcześniej wspomniałem pewnie wszyscy w szatni usłyszeli, tylko że... nie zrozumieli jak).

I nie napiszę tu słowa o RL9, ani o nikim innym, bo to, że niemal go nie było, był zupełnie niewidoczny i nie miał co robić... to zupełnie nie była jego wina, zwłaszcza z podwójnym kryciem na plecach.

Inter stał w obronie, Barca stała w ataku, a mnie stawało serce na widok świetnych zawodników, którzy błądzili jak we mgle, bo ich trener... stał przy linii.

A on miał tam być, bo tylko stać to tam mógł i stojak na parasole.

Niestety wczoraj przy linii Barca nie miała trenera, tylko zagubionego histeryka, skoncentrowanego na krytyce sposobu sędziowania, a nie na śledzeniu i czytaniu meczu ani ocenie gry swojego zespołu i odpowiednim do tego reagowaniu oraz modyfikowaniu jego poczynań.

I po raz kolejny potwierdziła się stara piłkarska prawda, że nie ma zespołów, które może prowadzić byle teściowa.

Szkoda tylko, że mecz, który był spokojnie do wygrania – został tak głupio przegrany.

To nadal jeszcze o niczym nie świadczy i niczego nie przesądza, choć oczywiście komplikuje Barcie sytuację w grupie.

Ale według mnie nie ma żadnego głębszego problemu w grze Barcy, i nie widzę żadnych przeciwskazań do tego, żeby Blaugrana  zdobyła jeszcze kolejnych 9 punktów w pozostałych trzech meczach, tylko że muszą mieć trenera na placu, a nie na papierze.

Bo kolejna stara piłkarska prawda mówi, że: nazwiska nie grają, a tu należy chyba też dodać: ani nie prowadzą drużyny... nawet te tak już dla niej legendarne.

Jeszcze chwila i zacznę myśleć, że może w Barcie przyszedł już czas na... Jurgena Kloppa... bo tu wiem, że za nieco (a nawet dużo, dużo) mniejszym nazwiskiem piłkarskim - stoi wielki trener.

A jak stoi Jurgen przy linii to wiedzą wszyscy mający jakiekolwiek pojęcie o piłce i wiedzą też, że ze staniem to nie ma nic wspólnego.

W dodatku Klopp był pierwszym trenerem, który tak naprawdę zaczął lepić z Roberta Lewandowskiego... jednego z najlepszych piłkarzy w dziejach futbolu.

 

 

Ja ja, Polak mały

Komentarze (0)
Dodaj komentarz»
© Wszelkie prawa zastrzeżone