Zapraszam do zapoznania się z moim
tomikiem poezji "Drżenia niedojrzałości"

Sprawdź

10 Sty
2022

Niezwykle trudne przeciąganie własnej liny

kategoria: Inne
godzina: 08:15
Udostępnij:

10.01.2022 Wolne Miasto Warszawa

Właśnie przyszło mi się zmierzyć z komentarzem i oceną mojego tomiku poezji „Drżenia niedojrzałości" wyrażonymi przez kogoś zupełnie mi nieznanego i dla mnie obcego, a skrywającego się pod nickiem Mylengrave.

Zakładam zatem, że ocena jest subiektywnie obiektywna i pomimo jej jak zrozumiałem wielkiego krytycyzmu przyznającego mi z łaski 5 gwiazdek na 10 możliwych, to jestem za nią niezmiernie wdzięczny.

Po pierwsze dlatego, że ktoś, kto jak rozumiem sporo czyta i zajmuje się ocenianiem przeczytanych książek w ogóle trafił na moją.

Po drugie, ponieważ Pani Mylengrave, nawet mając bardzo krytyczne o niej zdanie, zdawała się próbować przebrnąć przynajmniej przez jej fragment, a to potwierdza, że choć nie spełniała jej oczekiwań i nie sprostała jej wrażliwości ani wymaganiom warsztatowym, to jednak nie pozostała jej obojętną.

A po trzecie, gdyż jak na wyczuwalny w tonie wypowiedzi wielki zawód, poświęciła jej mimo wszystko sporo miejsca, a totalny „roast" przeplatała zaskakująco pozytywnymi stwierdzeniami, które w moim odczuciu stały w „lekkiej" sprzeczności ze stawianymi tezami, ale to tym bardziej zwiększało moje zaintrygowanie jej krytyką.

Pod tym linkiem można w razie czego odczytać pełny tekst miażdżącej mnie oceny:
https://lubimyczytac.pl/ksiazka/4979121/drzenia-niedojrzalosci#

Nie mam pewności do jakiej wersji tomiku dotarła Pani Mylengrave i w jakim wymiarze miała do niej dostęp, ale postawiła mnie do pionu, a raczej wdeptała w ziemię ze swadą typową dla kapitana Holmesa ze „Stąd do wieczności", w związku z czym automatycznie poczułem się takim bezradnym szeregowym Prewittem.

Ale to wcale nie jest moje użalanie się nad sobą, wręcz przeciwnie – Prewitt swoją godność i dumę miał oraz twierdził, że: „Jeśli człowiek nie podąża swoją własną drogą, jest niczym", w czym absolutnie się z nim zgadzam i czego zmieniać nie zamierzam.

Co prawda nie chciałbym skończyć jak on zwłaszcza, że wykończył go tzw. friendly fire, ale wydając tomik opuściłem gardę, odsłoniłem się i sam naraziłem się na ciosy.

Jednakże w żadnym razie nie będę oburzać się na krytykę jako taką, bo w zasadzie jej oczekiwałem, i broń Boże nie będę się o nią obrażać, aczkolwiek zaciekawiło mnie kilka stwierdzeń, które w kategorii mojej percepcji świata dla mnie zdają się mieć inne znaczenia niż dla Pani Mylengrave.

Może to drobiazg, ale nazwany przez Panią M. obciachowy wstęp rozciągnięty jej zdaniem na... 30 stron, miał ich w istocie 3 (słownie: trzy), a w połączeniu z podziękowaniami (nawet jeśli przydługimi i faktycznie odnoszącymi się również i do Pink Floyd) zajął kolejnych 5, bo wieńczącego je wiersza, z uporem maniaka, nie traktuję jako zbędnego elementu w... tomiku poezji, niezależnie od oceny jego jakości, czy wartości.

A same podziękowania to raczej pewnego rodzaju forma mojej więzi z adresatami podziękowań, z którymi ten wirtualny kontakt mogę wyrazić w niemal jedynym, a do tego najważniejszym dla mnie miejscu, za które jako self-publisher sam odpowiadam i o którego treści sam decyduję.

Ale ten fragment, jak zresztą i każdy inny, nie jest przecież obowiązkowy i jako zbyt nudny według kogoś – może być łatwo pominięty przez każdego komu nie odpowiada.

Pani M. jawi się jako gorąca orędowniczka metalu, za co ją szczerze podziwiam i szanuję, ale skoro nie czuje żadnych głębszych więzi ze słuchaną przez siebie muzyką i nie ma potrzeby wyrażania wdzięczności dla jej autorów – to jest to jej święte prawo.

Ja taką potrzebę miałem i dlatego ją uzewnętrzniłem – tu się też różnimy i to jest piękne.

Wydanie trzecie, zawierające Suplement, ma bodajże 272 strony i ponad 100 wierszy, w związku z czym „zmarnowanie" 8. stron nie wydaje mi się zbytnią rozrzutnością, gdyż ja w przeciwieństwie do Pani M. chętnie takie wstępy czytam i jestem otwarty na lepsze i bliższe poznanie zupełnie nieznanego mi autora.

Moje wyjaśnienia i przekazywanie informacji wstępnych nie jest w moim odczuciu tłumaczeniem się kogoś odrzuconego przez wszystkich, bo nie był dość dobry, a teraz cieszy się jak głupi do sera, że sam siebie wydał – tylko próbą przybliżenia mnie potencjalnym czytelnikom zwłaszcza, że mnie w ogóle nie znają, właśnie dlatego, że jeszcze żadnego dorobku nie mam.

Pojawiającej się drwiny z... długości tytułu jednego z wierszy to w zasadzie nawet nie biorę do siebie, gdyż z jednej strony przecież to nie ja wymyśliłem tytuł oryginału, do którego sie odniosłem, a z drugiej do minimum ograniczyłem „moją część" wskazującą na odniesienie do niego mojego wiersza, którą jednak musiałem dodać, by kontekst wiersza i inspiracja były oczywiste oraz by nie powodowały u nikogo wrażenia nieudolnie maskowanej, oderwanej od oryginału kalki.

Nie wiem, czy powyższa drwina nie wskazuje na to, że i tak zrobiłem za mało, gdyż odnoszę wrażenie, że oczywista oczywistość nie dla wszystkich jest oczywistą oczywistością.

Co do samej merytorycznej oceny wartości mojej poezji przez Panią M., to tu już w ogóle nie próbuję doszukiwać się i nie znajduję żadnego klucza do jej odbioru i akceptacji bądź negacji, bo takiego chyba nie ma, poza absolutnie indywidualnymi odczuciami i wrażeniami, do których każdy jest uprawniony.

Szanuję to, że Pani M. nie zachwyca się moją poezją i nie wieszczy mi zostania wieszczem, ale to już sam wiem, choćby dlatego, że wszyscy mi znani zostawali nimi w okresie swojego „Sturm und Drang", a taki ja już mam dawno za sobą.

Jedyne co daje mi nadzieję, to to, że skoro część z nich nie dożyła mojego wieku, to jeszcze mam choćby matematyczne szanse, że zdążę się zmienić i zacząć wszystko od nowa, ale rozumiem, że to musiałoby być poprzedzone diametralną zmianą i poprawą przeze mnie mojego warsztatu, który Pani M. jawi się jako oferujący rymy „czasem nazbyt oczywiste" zwłaszcza, że „nie porywają".

Zastanawiające, że powyższe opinie Pani M. rozdziela określeniem, że „tak ogólnie to są do przyjęcia w większości utworów"...

Trochę mam miszmasz w głowie, bo przy nałożeniu tego na występujące po sobie w kolejnych zdaniach opisanie moich wierszy określeniami miejscami diametralnie różnymi od siebie, takimi jak: „za dobre to one nie są", po czym: „Są tutaj fajne wiersze", a za chwilę o innym: : „... też całkiem przyjemny. Więc to nie jest zła poezja, ale wybitna nie jest." – odnoszę wrażenie, że powiedzenie „la donna e mobile" nabiera kolejnego nowego znaczenia.

Ale jest to niezmiennie zastanawiające i ciekawe, pomimo tego, że dla mnie w ogóle nie jednoznaczne w kontekście wyrażania dość radykalnych opinii.

Chętnie dowiedziałbym się jak operować rymami, by nie były zbyt oczywiste i by porywały oraz oczywiście mógłbym próbować zgodzić się, że ta umiejętność przynależy wyłącznie wieszczom, ale mogłoby to wskazywać na to, że począwszy mniej więcej od Mikołaja Reja, a kończąc gdzieś na Stanisławie Barańczaku – większość poetów musiałaby mocno przemyśleć swoje „rymowanki".

A przy okazji tego ostatniego, to wpadł mi niedawno w dłonie jego wiersz „Nowe zarazy", który w obecnej pandemii pozwala dostrzec w nim niewiarygodnie nowe treści i brzmi zupełnie inaczej niż czytany choćby kilka czy kilkanaście lat temu, a sam ma pewnie prawie ze trzydzieści lat.

To  świadczy o jego ponadczasowej wartości, której niczym wino dodatkowo nabiera z wiekiem oraz potwierdza, że czytane wiersze mogą być odbierane w różny sposób nie tylko przez różne osoby, ale i przez jedną i tę samą osobę, która przy próbie jego percepcji odnosi go do nnego fragmentu, momentu lub kontekstu otaczającej ją rzeczywistości. 

Osobiście nie sugerowałbym jednak poetom zmiany rodzaju ani układu stosowanych przez nich rymów, niezależnie od własnej oceny poziomu ich warsztatu i talentu, gdyż zakładam, że wypadałoby uznać, iż użyli ich w takiej formie celowo i z premedytaacją, nawet jeśli ona może nie dla każdego być czytelna, jasna, zrozumiała i/lub zaspakajająca oczekiwania, spełniająca pokładane w niej nadzieje, czy stawiane jej przez odbiorcę wymagania.

Jednocześnie oczywiście rozumiem i to, że w związku z tym każdy czytelnik może je akceptować bądź nie, a tym samym lubić i uznawać za dobre lub ich nie cenić i mieć o nich dowolnie negatywną opinię.

O ile jednak są czytane przynajmniej w jakichś choćby małych fragmentach i wywołują reakcje, emocje i prowokują do zajęcia wobec nich stanowiska – to wszystko jest w najlepszym porządku i tu po raz kolejny pragnę wyrazić moją wdzięczność Pani Mylengrave, że wyszperała i moje wiersze, i poświęciła im wcale nie mało czasu.

Jeszcze raz dziękuję za krytykę i obiecuję poprawę, a przynajmniej deklaruję chęć rozwoju, wszak niezmiennie określam siebie poetą niedojrzałym...

Równocześnie jednak jeśli ocena moich wierszy ma być pochodną punktów za „pochodzenie", czyli w dowolny sposób rozumiany i wymieniany ateizm, anty-patriotyzm lub awersję do disco polo, to jednak wolę oscylować w okolicy zera, jeśli jako takie mają taką wartość w oczach Pani Mylengrave, bo to stanowi meritum, a... „reszta jest milczeniem".

Jestem gotów przyjąć na klatę opinię, że są nic nie warte, choć moje rozumienie (przeanalizowanej przeze mnie) przytaczanej recenzji wskazywałoby na to, że według Pani Mylengrave nie jest z nimi aż tak źle.

Ja oczywiście mam o nich swoje zdanie, a fakt, że wydałem je w tym tomiku świadczy o tym, że przynajmniej nieco odmienne od oceny Pani Mylengrave, ale pozostaję otwarty na każdą krytykę wszystkich tych, którzy raczą się nad nimi pochylić.

Gdyby mimo wszystko, przypadkiem ktokolwiek chciał je mieć u siebie w wersji papierowej, w twardej okładce, to już są dostępne, a już za kilka dni będzie je można zamawiać bezpośrednio na moim blogu.

 

Ja Ja, Polak mały

 

 

Komentarze (0)
Dodaj komentarz»
© Wszelkie prawa zastrzeżone